img_1161

 

Dostałam wczoraj druzgocącą ocenę swojej pracy. „Poor quality, wrong translation, mistranslated” i takie tam. Pierwsza reakcja: piekące uszy i atak serca. No prawie. Ale emocje targały mną niemiłosiernie. No bo jak to tak? Ja? Poor quality? Tłumaczka czytająca swoje dzieła po sryliard razy przed oddaniem i wykorzystująca każdą minutę zbliżającego się dedlajnu na sprawdzanie przecinków i literówek?

Ale ponieważ powszechnie wiadomo, że do takich wiadomości najlepiej jest podejść z dystansem, po ochłonięciu, bez emocji, poszłam spokojnie spać, żeby rano mieć siłę do zmierzenia się ze smokiem. Smok pokonany, wątpliwości wyjaśnione.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie drążyła tematu. Bo nie dostaję takich maili codziennie, a że konstrukcji psychicznej jestem słabej, to one skutecznie podważają moją wiarę w siebie, niezależnie od tego, czy biuro miało rację, czy nie. W zasadzie to był chyba drugi raz w mojej karierze, że dostałam taką wiadomość. To znaczy, jasne, że zdarzały się informacje zwrotne z biura, że to należałoby przetłumaczyć tak, a tamto inaczej. Tu pani źle postawiła przecinek, a tam myślniki się pomieszały. Zawsze na zasadzie normalnej informacji zwrotnej, do zapamiętania i rozważenia. Ale takie hardcorowe wiadomości, jak ta z wczoraj, zasiewają złośliwe ziarno niepewności, które rośnie i każe się ciągle zastanawiać: a może jednak nie miałam racji, a może jestem rzeczywiście taka kiepska? Może coś gdzieś źle wcisnęłam, podłączyłam, zaimportowałam?? Może się starzeję i już nie pamiętam błędów, jakie popełniam???

Postanowiłam więc poświęcić trochę czasu, podzwonić do moich klientów i zapytać o to, jak to z tą moją jakością pracy rzeczywiście jest. Nawiasem mówiąc, miałam to zrobić już dawno temu, po rozmowie z moją znajomą coach biznesu, czyli gdzieś w listopadzie. Ale taka rozmowa to zawsze rozmowa z przyspieszonym biciem serca, a skoro nie ma potrzeby, to po co podnosić sobie poziom adrenaliny?

Nic tak nie dowartościowuje człowieka, jak potwierdzenie i docenienie jego umiejętności i zdolności przez klienta. Słowo pisane, a szczególnie to w mailach, nigdy nie odda rzeczywistego stanu uczuć. Nie wyczytasz z maila mimiki twarzy, ani mowy ciała. A z tonu głosu rozmówcy znajdującego się po drugiej stronie słuchawki dowiesz się wszystkiego. I nie chodzi mi o słowa, bo wiadomo: można chcieć powiedzieć coś tak, aby nie urazić drugiej strony, bo po prostu jest się miłą osobą, nawet w biznesie. Chodzi o to, w jaki sposób są one wypowiadane. Chodzi o to, czym wypowiadane opinie są poparte.

Dlatego postanowiłam zadzwonić. W każdym przypadku najpierw pytałam, czy biuro/ agencja/ instytucja prowadzi ocenę jakości pracy tłumacza i jak ona wygląda. W czterech agencjach moi rozmówcy od razu otwierali zakładkę MAGA Translations i mówili mi, co tam dobrego lub niedobrego o mnie jest. Ogólny wniosek: piszą tylko, jak jest coś niedobrze, bo na pochwały szkoda im czasu… Chyba, że tłumacz poprosi o referencje J No tak. Kilka biur dostało pozytywną opinię na temat mojej pracy od swoich klientów, ale w polityce nie mają informowania tłumaczy o pozytywnym feedbacku na temat ich pracy. No ok. Jeden z moich klientów bezpośrednich powiedział mi tak: Pani Agnieszko, gdybym miał zastrzeżenia do Pani pracy, to nie zlecałbym kolejnych tłumaczeń. No fakt.

Mam za sobą 9 rozmów. Wystukiwanie każdego numeru telefonu kosztowało mnie tyle, ile zjazd z Monte Spinale czarną trasą, ale spędziłam na telefonie jedną z najlepszych godzin w swoim życiu.

Mimo wszystko dobrze kończy się ten tydzień i mam nadzieję, że następny dobrze się rozpocznie. I niech zawsze tak jest.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s